ALBRECHT DÜRER
Dürer rozmawia z Mistrzem
Gdy patrzę na Twe dzieło, Mistrzu, jak na sztych,
wybacz tak skromne, czarnobiałe porównanie,
to widzę zeń tylko sąsiednią linię,
sam będąc kreską obok.
Jej czułe pełganie, krzewienie się bujne,
prężenie w ciemności, obfitość w głosy,
jej potężne wschody i zachody
budzą we mnie zachwyt.
Lecz nie wiem, czemu ona służy i co uwypukla.
Nie wiem nawet, czy w przestrzeni światła jest
czy cienia.
Niepokoi mnie to.
Widzę fragment dzieła.
Dürer rysuje matkę
Dłonią pewną dotyka
przezroczystych żył,
w których jeszcze krew drży.
Czułym spojrzeniem obejmuje
ciężkie kamienie oczu
i unosi
starość.
Nie cofa się z krawędzi zmarszczki
uważnie patrzy w przepaść.
Słucha zapadniętych warg,
którymi świat
wypowiada jakieś słowo.
Nie słyszy.
Czarnymi strużkami płyną jego łzy
wnikliwe na kształt drogiej twarzy.
Matko, twój syn współczuje,
cierpi precyzyjnie.
Wie, że litość pomniejsza.
„Melencolia I”
Tutaj się pustka piętrzy obficie,
tutaj przestronność skłębiona
i miejsc zatrzęsienie po rzeczach.
Tu nieład po narzędziach spoczywa,
drżący strzęp ciepła po psie,
nieważna waga, milczący dzwonek
i zwiędłe kwiaty geometrii.
Nietoperz poluje na myśli,
magiczny kwadrat rozczesuje liczby,
ziarenkiem piasku dusi się klepsydra.
Jak pozorne są rzeczy
w blasku przelatującej komety.
Tu nie ma nikogo.
Ktoś odszedł stąd właśnie.
Zostawił za sobą
nie zamknięte oczy.
* * *
Teraz, gdy patrzę na swe dłonie
jak na białe mrówki, wyrzucone na brzeg kraby,
jak na martwe pająki, myślę, że zrobiłem wszystko.
Pracowałem z bluźnierczą pewnością.
Być może szczere bluźnierstwo też jest modlitwą.
Nawet teraz, gdy widzę, jak odpoczywają
Twoje dłonie złożone na wzgórzach o zmierzchu,
nie umiem być dobry i mądry.
Panie, czy sztuka uświadamia tylko głody?
* * *
Czy tobie też zagrażało piękno?
Jakbyś ujrzał – stałeś –
z zamarzniętym słowem
w rozchylonych wargach?
Czy byłeś wtedy najsłabszym
i najodważniejszym z ludzi?
Czy byłeś nagle starcem
z rączką dziecka ukrytą na piersi?
Czy był to wybuch sam dla siebie jedynie łagodny?
Sekunda bezlitosnej wiosny?
Szybki cios światła w gardło cienia?
Nie zdążyłeś z gestem.
Czy miał to być gest obrony,
A może przyzwolenia?
Czy tobie też zagrażało piękno?
Podróż
Gdziekolwiek będę, będę tutaj.
Cokolwiek się wydarzy, już się wydarzyło.
Długo to trwało, dłużej niż myślałem
nim stanąłem tutaj, to znaczy gdziekolwiek.
Wędrówka, myśli, ludzie, konie…
Oślepiające słońce południa.
Tylko tam mogło się zrodzić
kłamstwo o harmonii.
Zbyt jasne i kruche,
by utrzymać ciężar tych chmur,
świecić w mroku tej zieleni,
ukoić cierpliwą konwulsję tych drzew.
Wędrówka, myśli, ludzie, konie…
Wracałem ścieżką na północ
zagubioną w domysłach jak ja,
wątłą jak siwy włos nocą,
krętą jak grzbiet zaskrońca w dzień…
Stanąłem w domu,
to znaczy gdziekolwiek,
choć ścieżka biegła dalej.
Zatrzymałem konie,
zatrzymałem ludzi,
myśli nie zdołałem.
Apokalipsa
A jednak możliwa jest dłoń tak wzruszona,
by stal pojęła możliwość kwitnienia
i mrok unerwiła tak, jak ludzkie ciało.
Puchną, puchną niebiosa,
pęka brzuch Boga wezbrany,
dudnią, dudnią ciemności
cwałuje piekło wyplute z raju.
Ludzie gną się jak trawy,
zbyt miękkie mają kości,
a on wpatrzony w ich twarze
na kłach potwora cień pieści,
a wyżej skrzydlatą perłę anioła.
Wizje nagłe cierpliwość rozpędzona
tak długo ścigała, aż zostały nagłe
i śmierć w skoku zamarła jak żywa.
Choć świat trwał jeszcze
on wyprzedził Boga
a może go wstrzymał…
Srebrzysty gąszcz pnie się po bieli,
szmer narzędzi ciszę kreskami dzieli.
Światło gwiazd się przygląda,
lecz nie bierze udziału.
* * *
Przemierzając dziesiątki galerii nie spotkałem
przekonującej wizji nieba.
Przekonywające były tylko wizje piekła.
Nawet obrazy złe wydawały się prawdziwe.
Może Sąd Ostateczny już się odbył.
Potępienie nie jest jednak wieczne.
Bóg jest litościwy.
Umieramy w końcu.