LISTY DO MISTRZÓW
List do Francisca Goi
Gałązką mroku odłamaną z nocy,
z drzewa, którego nie rozumiem,
piszę do Ciebie ten list Francisco
o zdradzie moich zmysłów.
Zadręcza mnie zapach czerni.
Tak pachnie rozkładający się szczur.
Pamiętasz?
Leżał przed progiem Twojego domu.
Było gorąco, zostawiłeś otwarte okno
i całą noc widziałeś ludzi w rudym pejzażu.
Byli daleko.
Unosił się nad nimi wrzask i pył,
ta lekko parująca czerwień
z ziarnami zakrzepłego brązu.
Do świtu nie miałeś pewności,
czy był to karnawał.
List do Hieronima Boscha
Nie dziwię się Mistrzu, że uciekłeś
biczowany śpiewem ptaków,
oślepiony wiosennym świtem.
W pracowni zatrzasnąłeś wszystkie okiennice
i stałeś długo, wpatrzony w oszronione deski.
Jest czerń tak przezroczysta,
że tylko spojrzeć starczy, by widzieć daleko
i nic tylko daleko.
Lecz to była ciemność.
Zeschłe pędzle zdały Ci się wiązką chrustu,
farby na palecie ptasim łajnem.
Słyszałeś głos, który nalegał:
Nie wybieraj, koniecznie nie wybieraj,
idź krawędzią możliwości
między jedną a drugą stroną upadku.
Połącz sprzeczności.
Igłą lodu i nicią krwi
strzępy płomieni zszywaj w pożar.
Nie lękaj się.
Strach przed wielkością czyni nas
mniejszymi niż jesteśmy.
Nie dziel świata na świętość, rozkosz i strach.
Świat nie jest tryptykiem.
Mieszaj farby, dobro ze złem,
żongluj rzeczami!
Szaleństwo ukoi…
Ocalił Cię zapach ziół
schnących w upale przed oknem.
Autoportret Rembrandta
Zmarszczki, bruzdy.
Oczy.
Ich krawędzi
kurczowo uchwyciła się
twarz.
Splątana myśl:
Milcząc, czynisz tylko ze mną,
że dłoni własnych nie rozumiem.
Nad niedokończonym cierpieniem
zawieszone powtarzają cicho:
Ono jest większe od sztuki.
* * *
Staraj się nie pracować przy świecach.
Owady wpadają w płomienie,
tłuką się o blat stołu,
lepią do farb.
To rozprasza…
Siadają również na powiekach,
widocznie oczy świecą.
Ich małe przerażenia, ich małe śmierci
snują się z dymem po pracowni.
Staraj się nie pracować przy świecach.
To złe światło.
To
To czekało w lesie
pośród czarnych gałązek.
Puste choć obecne.
Tylko możliwość.
Intuicja.
Ukryta konstrukcja zachwytu.
Nad ranem spadł śnieg
i To wypełnił.
Mistrz dotyku.
Malując
Chciałem ocalić owada.
Przezroczyste ciałko
przyklejone
do grudki farby.
Lecz moja rzęsa była grubsza od jego nóżki,
jego skrzydełko cieńsze od rogówki mego oka.
Gasł
piękniejszy od wszystkich moich obrazów.
Bukiet
W ostatni dzban deszczu włożone
pachną pospiesznie.
Śmiertelnie ranne
prężą grzbiety kolorów.
Czy wiedzą ?
Ich rany są jak łakome wargi…
Velásquez
To jest piękny obraz.
Przedstawia brzydkiego człowieka,
któremu natura poskąpiła wzrostu,
dała krzywe nóżki i dłonie jak węzły,
losem karła obdarzyła na zawsze.
… gdy wstał od pozowania
długo patrzył nim powiedział:
Wprawdzie nadal jestem karłem
na twoim obrazie, ale malowałeś mnie
tak samo jak króla, a może i lepiej.
Jesteś sprawiedliwy.
Vermeer van Delft
Światło cofało się
z żalem opuszczając barwy.
Czułem ten żal.
Klamka w drzwiach poruszyła się.
Wtedy ONA odwróciła głowę
Perła zalśniła
Zdawało mi się, że ktoś przeszedł
Perła zgasła.
Spojrzałem na sztalugi…
Wiedziałem, że pędzle i farby nic już nie pomogą.
Obraz umierał.
Bez skargi.
Zabił go mój zachwyt.
List do van Gogha
Nie wiem, czy zauważysz ten list Braciszku,
pośród tak wielu kartek.
Zabłądziłeś w dobroci.
Zabłądziłeś w mądrości.
Została tylko miłość,
słońca nad horyzontem,
wiry i głębia światła.
Mówiono, że poderżnąłeś gardło tęczy
i podstawiałeś wiadra swych obrazów
nie jak malarz, lecz jak rzeźnik.
Mówiono, że zabrakło ci czerwonej farby
i wtedy…
Mówiono, że chciałeś zjeść słońce,
lecz to ono wyjadło ci mózg.
Mówiono…
Nie wierzę w Twój mit,
czuję tanie wino,
widzę brudne ręce.
Słyszę szept:
Jak to dobrze, że farby nic nie czują.
Próbowałem z ludźmi, lecz uciekli…
Już nie krzyczę,
to wszystko było wczoraj,
dziś jest tylko duszno.
Byłem na spacerze.
Wiesz, odkryłem że buty i oczy są tym samym,
że światło i błoto są tym samym,
dlatego znowu muszę iść.
Ostrożnie Braciszku.
Wrażliwość podwaja istnienie,
przyspiesza czas.
A jednak pójdę.
Nie zamknę oczu, gdy przyleci światło,
by wydziobać ziarno spojrzeń lub źrenice,
nawet gdyby miało czarne skrzydła.
Przecież mówiłeś, że światło…
Mówiłem o innym świetle.
Linoryt do Józefa Gielniaka
Otwarty, aż po granice ostrych przedmiotów
dalej rozdarty i trochę twardszy od powietrza,
nieznacznie silniejszy od oporu narzędzi
płasko rzeźbiłeś swe listy serdeczne.
Linoleum to przecież kawałek szpitalnej podłogi.
A Ty sadziłeś na nim rozległe ogrody.
Piwniczne kłącza wiedziałeś to korzenie gwiazd.
A choroba to tylko niebezpieczny kwiat.
Cierpliwe deszcze twoich palców, lato wyobraźni,
choć szpital to zima.
Linoleum to przecież kawałek szpitalnej podłogi.
A Ty spisałeś na nim czułą filozofię.
Chroniłeś wahanie przed pewnością,
przed odpowiedzią, pytanie piękne i bliskie.
Linoleum to skrawek szpitalnej podłogi,
stoją na nim goście.
Mann przyniósł do korekty Czarodziejską górę.
Schulz wypytuje o Nieskończoną płodność materii.
Dürer przygląda się Twoim rękom,
van Gogh trzyma kwiaty.
Ty się uśmiechasz.
Rurka tlenowa
zamienia się w źdźbło trawy.
Max Ernst, „Butelka”
Ach ta butelka
jest taka wielka,
że w tej butelce
ku mej rozterce
zmieściłby się Nowy Jork.
Ot co z proporcji
zwykłej butelki
potrafi zrobić
malarz wielki.
Ach tylko ona
jest tak zielona
i chyba Bóg
ten korek wgniótł
w jej cichą szyję.
Czerwony szept.
List do Claude’a Moneta
„Monet to tylko oko. Ale co za oko.”
Paul Cézanne
I
Jakże ciężkie jest światło,
jak zmęczone oczy,
tyle barw dźwigniętych,
kształtów przesuniętych ze świata w świat.
Od początku byłeś skazany na klęskę.
Tylko talent i refleks
pozwoliły Ci wytrwać tak długo.
Ścigałeś światło jak myśliwy, choć ono
z minuty na minutę
z sekundy na sekundę
zmieniało barwy.
Kochałeś skórę świata.
Wierzyłeś własnym oczom.
Stóg siana to katedra.
Katedra to uschnięty liść.
Widziałeś przecież.
II
Wymiary Twojej pracowni
znacznie zmniejszały Twoje obrazy.
Wyobrażam sobie jak idziesz,
malując bez formatów i ram.
I wychodzisz z pracowni
na zawsze…
III
To okrutne,
lecz wydaje mi się, że im bardziej ślepłeś
tym lepsze malowałeś obrazy.
Nie widząc szczegółów tworzyłeś uogólnienia.
Gdyby Twoja choroba posunęła się dalej,
zapewne odkryłbyś abstrakcję.
Lecz stało się tak,
że dzięki lekarzom jedno Twoje oko
odzyskało młodość.
Byli zadowoleni, Ty przerażony.
Jedno oko widziało błękity, drugie brązy,
jedno wiosnę, drugie jesień,
jedno nadzieję, drugie zwątpienie.
A jeśli sztuka jest oszustwem?
Im doskonalsze kłamstwo tym czulej dotyka prawdy!
Wiem. To twierdzenie odrzucasz w całości.
IV
Malowałeś jednak dalej.
Zamknąłeś oko starca i z niecierpliwością
młodzieńca
zacząłeś poprawiać niedawne obrazy.
Inne niszczyłeś.
Zamiast dotknąć dwóch biegunów prawdy,
Twoja rozdwojona dusza błądziła
w zmienności świata, niepewna Twego ciała.
Pamiętasz?
Gdy zamknąłeś oczy poczułeś ulgę.
Zapach gnijących liści w stawie był fioletowy
z kropelką cynobru na krawędzi.